Tutaj miejsce na jakiś cytat lub inna krótka informację.

Rocznica Powstania Styczniowego

Obchodzimy rocznicę  Powstania Styczniowego. Towarzystwo Krańców Ziemi Ojczystej Genius Loci w Siemianicach chce podzielić się świadectwami o tamtych dniach opisanymi w historycznych źródłach. Udostępniamy  Kronikę Szkoły w Siemianicach z lat międzywojennych ubiegłego wieku; fragment nekrologu przepisanego w kronice z „Przewodnika Katolickiego”:.

„[...]Tu pracował długie lata i w roku 1906, kiedy przeszedł w stan spoczynku. Cztery pokolenia tutejszych hrabstwa Szembeków  przeżył śp. Leopold Pankiewicz, a dwa ostatnie policzyły się do jego uczniów. Potrafił sprostać swoim zadaniom, znał bowiem historię i literaturę polską, jak mało który nauczyciel. Gdy w latach gorących 1863 – 1864 naród nasz porwał sio walki z Moskalem wtedy zmarły podwoił i potroił pracę swoją w szkole, uczył dziatwę miłować gorąco co nasze, co polskie, ponieważ był tu zarazem organistą uczył dzieci śpiewać „Boże, coś Polskę ”, i w jedną niedzielę zagrzmiał nasz hymn narodowy w kościele. Zrobił się rwetes. Jakże szkoła pruska mogła sobie na coś podobnego pozwolić? – Kto winowajcą? Paszkiwicz. Gdyby nie możne wpływy generała Piotra Szembeka, byłby wtedy zakończył swą karjerę nauczycielską. [...]

Mimo sędziwego wieku interesował się do końca swego sprawami społecznymi, szkołą polską. Płakał jak dziecko, gdy się w r.1918 dowiedział o spolszczeniu szkoły naszej i usłyszał w szkole śpiew „Jeszcze Polska nie zginęła.[...]” (  Kronika Szkoły Podstawowej w Siemianicach)

W rękopisie pamiętników pt. „Z dziejów Siemianic” Niepokalanki, siostry Marii Krysty, w życiu świeckim Zofii Szembekównej, znajdujemy opis  powstania na naszym terenie:

„Ojciec mój i stryj Aleksander brali udział w powstaniu styczniowym. Ojciec na wieść rozpoczynających się walkach powrócił z Paryża do kraju, przerywając studia – lecz ciężko się rozchorował i przeleżał kilka miesięcy. Stryj czekał na jego wyzdrowienie, w czasie gdy Taczanowski formułował oddział, do którego zamierzali się przyłączyć. Na prośbę mej siostry Stryj opowiedział raz swoje przeżycia i opowiadanie to, które spisała, umieściła w swych Siemianicach w ustnym podaniu – przytaczam je tutaj:

[...] u Olszowskich stanęliśmy znowu. Położyem się tam spać i spałem ze 30 godzin, gdym się zbudził, poszedłem jeść i spałem dalej. Jechaliśmy dalej ku granicy, przed nami o jakie 100 kroków jechał chłop, aby nas ostrzec w razie niebezpieczeństwa.

Było to nad ranem, mieliśmy przejechać szosę, wiodącą do Wielunia. Nasz chłop był poza nią, gdy nagle mówi nam ten co nas wiezie:

„Moskale!”

Rzeczywiście szosą jedzie patrol moskiewski. Ale przejechał szczęśliwie a my dopiero za nim. Kiedy słońce wschodziło, dojechaliśmy do Mieleszyna, a stamtąd do Bolesławca. Tu trzeba się było przedostać przez pruskich ułanów, ale to poszło łatwo i stanęliśmy w Siemianicach.

Ucieszył się bardzo nasz dziadek, gdyśmy wrócili. W Siemianicach było wtedy trzech oficerów, kapitan, porucznik i podporucznik. Jeden z nich młody człowiek bardzo mi zazdrościł. Mówił, że służy już dość dawno, a nie był jeszcze w bitwie. Poszedł on potem na wojnę francuską i w pierwszej bitwie, pod Wőrth poległ.

Powstanie było skończone. 26 sierpnia była [zwycięska potyczka zakończona klęską zaborców]pod Sędziojowicami, a już 29 doszły do granicy rozbitki, resztki tych, których Moskale pod Kruszyną, w Częstochowskim rozproszyli. Potem jeszcze jesienią Słupski zbierał ludzi, nawet w następnym roku były rozruchy, ale powstanie było skończone. Siostra moja zapisała jeszcze, że Stryj powtórnie wspominał o swej paradzie początkowej: „To było takie malownicze! Jeszcze dziś to mnie porusza, kiedy o tym myślę!”

Stryj leżał kwartał w Siemianicach. Rana nie chciała się zagoić. W końcu babka Felicja zastosowała okłady z zimnej wody. To poskutkowało. Złożyła była ślub suszenia co sobotę, jeśli synowie powrócą szczęśliwie z powstania i w tym wytrwała do śmierci. Młodsi synowie Józef i Stanisław podążyli za starszymi do powstania, ale Taczanowski ich nie przyjął, kao zbyt młodych. Byli o to rozżaleni.

Przepisałam jeszcze z rękopisu następujące szczegóły o powstaniu: „Podczas kiedy Ojciec nasz i stryj byli w powstaniu, nie próżnowano w Siemianicach. Ponieważ granica była tuż, przewożona przez nią broń, chowaną poprzednio na polach, w lesie itd. Wojsko pruskie stało w Kostowie, na Wesołej nad Prosną i pod Bolesławcem. Nie wierząc w sukces powstania, Prusacy patrzyli przez palce na wszystko. Zależało im raczej na tym, aby jak najwięcej krwi polskiej na marne się przelało. Syn jenerała, Aleksander, zajmował się osobiście przenoszeniem broni przez granicę, pomagali mu w tym Wojciech Długowski, ówczesny służący jenerała, Piotr Mierzchała z Siemianic, późniejszy włódarz i Hadryś z Rakowa, który broń przechowywał w kupkach drzewa. Kiedy raz nadszedł wóz broni, z Belgii sprowadzonej, trudno ją było ukryć przed Prusakami. Umieszczono ją w stodołach, a nocą wiązano razem po 10 karabinów, owijano słomą i komornicy przenosili przez granicę do Chruścina, gdzie ją odbierał p. Rembowski, upoważniony od Komitetu.

Raz Długowski nałożył na wóz kilkadziesiąt karabinów, słomą nakrył i siadła na nich panna Olszowska i jej matka, poczem pojechano nad Prosnę. Przyjeżdżają- a tu ułan pruski stoi. Poprosił go wtedy grzecznie Wojciech, aby odszedł dalej, bo się panie kąpać będą. Ledwo ułan usłuchał, przenieśli broń, ukryli pod krzakami, a nocą Komornicy przenieśli ją dalej.

Przyjechał raz do Siemianic odbyć rewizję za bronią niejaki baron Pilsach, zastępca lendrata. Jenerał nie chciał na rewizję pozwolić mówiąc: „Nie ma tu żadnej broni.” Kiedy jednak Pilsach upierał się przy rewizji, jenerał wyzwał go na pojedynek. A miał wówczas 75 lat i nie mógł chodzić mając nogi sparaliżowane. Powiedział jednak:

„Nic to nie szkodzi. Ja tu siądę, pan staniesz naprzeciwko i będziemy się strzelać!”

Niemiec widząc, że to nie przelewki, czym prędzej odjechał.

Chciał też jenerał w r. 1863, żeby z wieży ruin w Bolesławcu, tuż nad granicą „rosyjską” powiewał znak wolności i nadziei. Uszyto wtedy we dworze chorągiew polską, Hadryś owinął ją sobie w koło pasa i przekradłszy się nocą do wieży wszedł z pomocą drabin i sznurówna sam wierzch i tam chorągiew zatknął. Jakoż nazajutrz rano, gdy się zbudzili mieszkańcy Bolesławca, szalona radość zapanowała w miasteczku, bo uwierzyli, że Polska jest wolna. Niestety krótki był zapał, bo niebawem pruska policja zdjęła chorągiew.

Wspomnieć tu jeszcze należy o wymienionym już Aleksandrze Ostrowskim. Był to szlachcic z Polesia herbu Ślepowron. Bawił na naukach w Kijowie, kiedy wybuchło powstanie. Pewnego dnia wszedł do jego pokoju policmajster z Kozakami i rzekł:

„Proszę pana, muszę tu odbyć rewizję.”

            Każe tedy rewidować Kozakom, a sam będąc uczciwym człowiekiem, widząc na łóżku torbę z papierami siada na niej i tym sposobem ją ukrywa. Gdy rewizja się skończyła, rzekł do Ostrowskiego:  „Mam rozkaz aresztować pana, ale może się pan wprzód pożegna z przyjaciółmi.”. Zostawił Kozaka u drzwi i odszedł. Ostrowski miał czas oddać ważne papiery przyjaciołom, poczem przewieziono go do gubernatora. Tu pokazano mu przytrzymaną depeszę: „Przyjeżdżaj, matka niebezpiecznie chora.”.

Depesza była wysłana przez powstańców. Począł się Ostrowski bronić mówiąc, że w tych słowach nie ma nic złego, że zresztą nic o tej depeszy nie wiedział. Nałożono mu na ręce i nogi kajdany, kazano wsiąść do kibitki i o głodzie i chłodzie, dniem i nocą jechał z krótkimi przerwami do Warszawy do X tego pawilonu. Śledztwo ciągnęło się długo. Nakoniec przyszedł wyrok deportacji na Sybir. Znajomi dopomogli mu jednak do ucieczki. Przebudowano wówczas cytadelę, do której murarze mieli wolny wstęp – jeden z nich dostarczył Ostrowskiemu mularskiego ubrania, a ten wydostawszy się z więzienia do powstania uciekł. Gdy chudy, zbiedzony stanął w Złoczowie przed Taczanowskim, ten go przydzielił do plutonu Bleszczyńskiego mówiąc ”Póki służby nie zna, uważajcie go, panowie jako męczennika i niech poza szeregiem idzie.”.””

Tyle spisała moja siostra.

Po rozbiciu oddziału Taczanowskiego, Ostrowski przybył do Siemianic. Nie mógł już oczywiście nigdy wrócić na swoje Polesie, utracił cały majątek a będąc poddanym rosyjskim, jako zbieg ukrywać się musiał. Raz schował się przed policją w jakiejś wieży, innym razem w pierzynie, aż dostał się do Drezna, gdzie otrzymał poddaństwo niemieckie i mógł powrócić do Wielkopolski. Ożenił się i z żoną i córką zamieszkał w małej leśniczówce w Siemianicach, zajmując się przez długie lata lasem. Zastała go tu jeszcze moja Matka. Później pracował na życie w agencji sprzedaży węgla w Ostrowie. W wierszu „Rozmowa przedstawiła Matka tęsknotę Ostrowskiego za Polesiem:

„Chłopięciem, pół dzieckiem porwała mnie burza,

Na owo wspomnienie krew się jeszcze wzburza.

...Dziś stary już jestem... a z marzeń młodości

Zostało mi jedno: złożyć kiedyś kości

Tam, w kraju, wśród swoich, nad brzegiem Prypeci!

Domyślasz się, panie, zgrzeszyłem za młodu,

Lecz grzech mój był grzechem całego narodu –

A mianem jest jego: sześćdziesiąty trzeci!”

Rozszerzając pracę mej siostry „Siemianice... ” mój brat umieścił w niej list naszego ojca do Bohdana Zaleskiego, będąc na studiach w Paryżu. Autograf przechował jako cenną pamiątkę w swych zbiorach w Paryżu syn Bohdana i dał odpis memu bratu.”

                                                  Berlin dn.17.2.1864 r.

Łaskawy Panie!

Zaraz po przyjeździe moim z Paryża ciężka choroba mnie nawiedziła, przez 4 miesiące nie mogłem opuścić łóżka. Jak tylko siły mi dozwoliły, zameldowałem się do czynnej służby. Dostałem początkowo  urząd cywilny, bo osłabienie nie dozwalało wstąpienia w szeregi narodowe. Przez 6 tygodni byłem pośrednikiem między Poznaniem a jenerałem Taczanowskim. Skoro jenerał uformował swój korpus w województwie kaliskim, udałem się do obozu i odprawiłem 5io miesięczną kampanię.

Mam nadzieję, że łaskawy Pan, zważając w jakich rozmaitych okolicznościach przeżyłem te ostatnie 10 miesięcy, wybaczy mi, że dopiero dzisiaj piszę do niego.

Oddział nasz, który o ile mi wiadomo, dotychczas z wszystkich hufców narodowych najdłużej przy poważnych siłach moskiewskich zdołał się utrzymać, był wzorowym porządkiem zorganizowany.

Mieliśmy blisko 800 koni, podzielonych na 2 pułki, 8 szwadronów. Pułkownik Matuszewicz, który dawał dowody swoich zdolności i odwagi w węgierskim, tureckim a mianowicie w francuskim wojsku, dowodził 1m  pułkiem, pułkownik Słupski, znany z sławnej szarży na pruskich kirasjerów pod Miłosławem, miał powierzone dowództwo II pułku. Wszyscy rotmistrze nasi byli starzy wojskowi.

Mnie jenerał jako płatnika przyłączył do swego sztabu, składającego się z 9 oficerów. Szczegóły naszej kampanii zapewne Panu z dzienników znane. Trudy jakie codziennie ponosiliśmy, forsowne marsze, prawie więcej nam szkodziły jak Moskale.

Wszystkie nasze potyczki, choć mało znaczące, były pomyślne (pomimo tego, że częściej musieliśmy się cofać.)

W wilię klęski kruszyńskiej zapuściło się 50u kilka ochotników moskiewskich ścigając maty i ledwo uzbrojony oddziałek Bąkowskiego w środek naszego obozu w Sędziejowicach. Po rozpaczliwej obronie – wszystkich Moskali nasi wysiekli – 2ch  tylko oficerów wzięliśmy do niewoli, lecz i nasze straty były dotkliwe: 3 ch żołnierzy padło na miejscu i mieliśmy prócz tego 15tu rannych. Między ostatnimi znajdował się mój brat, na czele swego plutonu szarżując dostał cięcie w głowę. Choć nie było niebezpieczeństwa życia, kazali jednakowoż doktorzy bratu zaraz opuścić obóz. Byliśmy 12 mil od domu. Jenerał dał mi urlop na 5 dni, ażeby rannego odwieść do rodziców. Szczęśliwie dojechaliśmy do granicy i przeprawiliśmy się do Siemianic. Zostawiając go pod najlepszą opieką chciałem właśnie znów wyjeżdżać do obozu, gdy nadeszła smutna wiadomość o zupełnym rozproszeniu się naszego oddziału. W naszym województwie nie było innego oddziału, nie można było wracać do walki. Przybyłem więc na przezimowanie do Berlina, gdzie kazałem się zapisać do uniwersytetu. Ostra zima nie pozwoliła dalej prowadzić wojny i w naszych okolicach mrozy zupełnie przytłumiły ostatnie wysiłki naszej biednej wiary. Lecz teraz, kiedy znowu ruch zbrojne się wzmaga, wiosna się zbliża i z zawikłań polityki europejskiej nowa, niepełna nadzieja wstępuje w zbolałe serca nasze, prawie pewno można wznosić, że niezadługo powoła nas ojczyzna do walki. Wiarę w pomyślność naszego powstania straciłem i tylko w Bogu można mieć nadzieję, że nas jakim cudem nareszcie oswobodzi.

Co nam Panowie z Paryża rokujecie? Czy Francja pozwoli na to, żeby nas wszystkich zamordowano, czy się ograniczy zawsze na czczych tylko objawach sympatii? Chciej Pan mnie objaśnić, jeżeli zbywa trochę czasu, jak sprawa nasza stoi i czy można się jeszcze spodziewać jakiegoś pomyślnego obrotu powstania?

Przepraszam za śmiałość, z jaką śmiem łaskawego Pana prosić o udzielenie mi wiadomości z Paryża, ale do nas ciągle takie smutne wiadomości dochodzą, że bezustannie wzdychamy za dobrymi nowinami, a takie spodziewam się usłyszeć od łaskawego Pana.

Przyjm Pan wyrazy mego głębokiego szacunku i poważania

Piotr Szembek

Załączam zarazem najgłębsze ukłony od dziadka i ojca mego.

Adres: Berlin – Kanonierstr. 42

Za trzy tygodnie: Słupia pod Kępnem.

Niestety nie posiadam odpowiedzi na ten list. O jednym ówczesnym wydarzeniu nie ma wzmianki w „W Siemianicach w ustnym podaniu.” Część łąk nad Prosną znajdowała się po „tamtej stronie” granicy i sianokosy odbywały się za przepustkami. Dziadek kazał komornikom przesunąć w nocy słupy graniczne, przyczem jeden wrzucili do rzeki – i tak zostało. Słyszałam jak Ojciec w #0 lat później wspominał o tym kiedyś landratowi Scheele, gdy był u nas – ten, schwycił się za głowę. „To niesłychane! To mogło wywołać wojnę!” Mój Ojciec uśmiechnął się. „Ale Pan powinien się z tego cieszyć, granica się przesunęła.” Ojciec mój żył nadzieją lepszej przyszłości. Nie pamiętam w którym roku poczęto mówić o możliwości nowej wojny między Rosją a Prusami – zapamiętałam wówczas rozmowę Rodziców: Ojciec powiedział, że Matka musiałaby wyjechać z nami, dziećmi, gdzieś dalej od granicy, on zaś zostanie w Siemianicach, a gdy Matka zaznaczyła, że i on powinien wyjechać: „Chciałbym jeszcze raz z nimi się spotkać.” Odpowiedział. Gdy pierwsza wojna światowa wybuchła niosąc z sobą i grożę walki Polaków w dwóch wrogich sobie obozach i nadzieję zrzucenia jarzma niewoli, wspominała Matka te uczucia zmarłego już Ojca w wierszu, jego pamięci poświęconym:

Znosiłeś ból jarzma za dopust i karę,

A w piersi żywiłeś do końca

Płomienną swą wiarę, że miną dni szare

Przyjść muszą dni sławy i słońca!

Wzrastaliśmy w tej atmosferze. Rok 1863 był nam niesłychanie bliski. Patrzyliśmy z przejęciem na bliznę stryja Aleksandra – panny Breańskie opowiadały nam o żałobie narodowej i pokazywały fotografię jakichś pań w czarnych sukniach obszytych białymi taśmami – a gdy Antek woźnica porównując konie, wspominał „kasztana, na którym młody pan wtenczas jechał”, ściszał głos i patrzał porozumiewawczo w oczy.

Wędrowny grajek co kilka miesięcy pojawiał się przed domem, zaczynał przy wtórze skrzypiec od piosenki:

Taczanowski dzielny był, dzielny był, dzielny był,

Bo Moskali dobrze bił, dobrze bił, bił.

Później odnaleziono na strychu bagnety, wydobyto z Prosny słup graniczny z dwugłowym orłem, moja siostra napisała wiersz „Z opowiadania starej wierzby o potyczce z Moskalami” – przeżywaliśmy dzieje powstania na równi ze starszym pokoleniem.[...]

(siostra Maria Krysta „Z dziejów Siemianic” strony od 43 do 54)

Bardzo ciekawy jest list do redakcji Tygodnika Kępińskiego Pana Feliksa Gruszki pt. „Zagadkowy weteran”. Przytaczam  całość listu do redakcji:

„Z wielkim zainteresowaniem przeczytałem ciekawy artykuł Anny Kotowskiej pt. „Przed stu laty...” ( TK42/98), o cmentzrzu w Siemianicach. Autorka wspomina m.in. o grobie weterana 1863r. Ludwika Cunowa, zmarłego w 1896r. Wszystko jednak wskazuje na to, że nie jest to jego prawdziwe imię i nazwisko, ani data urodzenia 27.11.1845r. w Smarzykowie pow. Szubin. Nazwisko to nawiązuje do włoskiego miasteczka Cuneo. Tam od 1862r. działała szkoła przygotowująca kadry dowódców do przyszłego powstania w Polsce. Założył ją Ludwik Mierosławski. Oficjalnie Ludwik Cunow pełnił w majątku Szembeków w Siemianicach funkcję rachmistrza dworskiego. Natomiast nieoficjalnie i ścisle tanie był emisariuszem sztabu powstańców w 1863r. i kierownikiem przerzutu przez granicę na Prośnie z Prus do Rosji. Przez powiat kępiński i Siemianice prowadził jeden z trzech głównych szlaków z Belgii transportu broni do powstańców w Królestwie. Powodowało to ostre represje pruskie. Dokonywano częstych rewizji i licznych aresztowań. Nigdy nie padł nawet cień podejrzeńna skromnego dworskiego rachmistrza. Dopiero 4 lutego 1896r. , mając swojego informatora w policji pruskiej, Ludwik Cunow wyspowiadał się u miejscowego księdza, przyjął Komunię Św. oraz pożegnał się z rodziną i swym przyjacielem i chlebodawcą Szembekiem. Z chwilą, gdy żandarmi pruscy w dniu 5 lutego 1896r. przyszli go aresztować, zastrzelił się, aby nie wyjawić różnych tajemnic oraz nie szkodzić Szembekom. Jego żoną była Teodora z domu Jarecka, z którą miał trzy córki. Jedną z nich była siedmioletnia Maria Ludwika zmarła w 1881r., przy grobie, której został pochowany w Siemianicach.”

 We wszystkich fragmentach źródeł  udostępnionych w artykule zachowujemy oryginalną pisownie i jesteśmy wdzięczni wszystkim osobom, które przyczyniły się do zaprezentowania kart naszej regionalnej historii na tle historii całego Narodu a przede wszystkim  Pani Elżbiecie Weyman wnuczce Marii z Fredrów Szembekowej za zgodę wykorzystania fragmentów niepublikowanych dotychczas rękopisów wspomnień siostry Krysty.

Prezes Zarządu Towarzystwa Genius Loci

 

  • Oceń ten artykuł
    (0 głosów)
  • Czytany 105682 razy
Powrót na górę

Najnowsze artykuły