Tutaj miejsce na jakiś cytat lub inna krótka informację.

Wspomniemie o mojej Matce Jadwidze z Szembeków Szeptyckiej

Jadwiga z Szembeków Szeptycka urodziła się 16 marca 1883 roku, jako najstarsze z trojga dzieci Piotra Szembeka i Marii z Fredrów Szembekowej. Otrzymała wraz z rodzeństwem bardzo staranne wychowanie.

Ojciec uczestnik powstania styczniowego, do którego przekradł się przez granicę wraz ze swoim bratem Aleksandrem, był wnukiem Piotra Szembeka, generała z powstania listopadowego i prawnukiem Ignacego, posła na Sejm Czteroletni. Matka zaś, gorąca patriotka, wychowana była przez swego dziadka Aleksandra Fredrę, oficera wojsk napoleońskich oraz ojca, uczestnika powstania węgierskiego z 1848 roku.

Od dziecka prawie Jadwiga, nazywana w domu Inką, prowadziła ze swoją siostrą Zofią pracę konspiracyjną. Za zgodą swojej matki zorganizowały polską tajną szkołę, do której uczęszczały dzieci z Siemianic i Rakowa. Uczyły dzieci w małych grupkach, każdą grupę dwa razy w tygodniu. Uczyły też religii po polsku. Za dobrą naukę dzieci otrzymywały nagrody książkowe.

Kiedyś, gdy groziła na wsi rewizja niemiecka, uczennice same, z własnej inicjatywy, zabrały do domów i ukryły rozprowadzane przez panienki po wsi polskie książki. Był to rodzaj zorganizowanej wypożyczalni.

Niezawodnym efektem tej nauki był fakt, że gdy po kilku latach nauczyciel szkoły siemienickiej, hakatysta – Niemiec, zadał dzieciom za karę napisanie 200 razy jakiegoś niemieckiego zdania, jedna z uczennic napisała 200 razy: Noch ist Polen nich verloren! ( Jeszcze Polska nie zginęła! ).

Gdy były trochę starsze, Inka i Zosia wraz z bratem Aleksandrem próbowały swą działalność rozszerzyć, wyjeżdżając konno, niby to spacerem do Byczyny, na pobliski Śląsk, rozdając tam polskie książki i polskie książeczki do nabożeństwa. Ściągnęły przez to na dom represje i rewizje.

Z inicjatywy  Inki powstała  też wśród okolicznych ziemian organizacja Dzieci Polskie, której działalność polegała na zbieraniu składek pieniężnych i wysyłaniu ich, za pośrednictwem redakcji Dziennika Poznańskiego, na takie cele, jak Czytelnie Ludowe lub Dzieci Wrzesińskie. Do redakcji wpływały czasem zapytania: Co to za Dzieci Polskie? – ale anonimowość obowiązywała.

Po śmierci ojca, Piotra Szembeka, gdy Matka ukończyła 13 lat, babka moja specjalnie starannie dobierała nauczycieli i nauczycielki, by dać dzieciom chowanym bez ojca, jak najlepsze wykształcenie. Rozwinęły się w ten sposób liczne zdolności mojej Matki, które miały zaowocować w Jej dalszym życiu.

Zdolności literackie, odziedziczone po Fredrach, wyrażały się w bardzo pięknych wierszach Jadwigi. Przede wszystkim w poemacie Rodzinne Kąty, w pięknym wierszu „Do Matki” z podziękowaniem za wychowanie z refrenem:  Za to Ci Matko, cześć i w wierszu do narzeczonego, a potem męża, Leona Szeptyckiego, zaczynającym się od słów:

Pójdziemy razem w życia znój, na radość i wesele,

           Nie będziesz sam, kochany mój, ja radość Twą podzielę.

                                          A kiedy przyjdzie gorycz pić, rzecz najzupełniej godna,

                  Nie będziesz sam, kochany mój, spełnimy kielich do dna.

Ułożyła tekst i melodię do pieśni kościelnych:  Bądź pozdrowiona niebieska Królowo, błyszcząca ponad gwiazd grono oraz O, święty Idzi, oto Twoje dzieci – o patronie siemienickiego kościoła, śpiewanej w tymże kościele do dzisiaj.

Pisała też większe utwory prozą: nowele Anioł Pański, drukowaną w „Przewodniku Katolickim” i Palec Boży, wydaną we Włocławku.

W wieku 18 lat napisała dla młodzieży powieść historyczną z czasów Bolesława Krzywoustego Kasztelanka, wykazującą,  jak nie można ufać  Niemcom. Książka ta była lekturą szkolną, zalecaną przez Towarzystwo Szkoły Ludowej Galicji. Jadwiga tłumaczyła też, adaptując, dla polskich dzieci, angielską powieść  Jaś Ptaś, która doczekała się dwóch wydań. Niedawno z rozczuleniem wspominała tę książkę w telewizji wdowa po Jerzym Wasowskim [ dziennikarzu prasowym, kompozytorze, reżyserze, twórcy  Kabaretu Starszych Panów] mówiąc, że była jego ulubioną książką.

W późniejszym okresie życia, w latach 1918-1925, opracowała na podstawie francuskich, niemieckich, polskich i ukraińskich źródeł liturgicznych mszalik do nabożeństwa pod tytułem W kościele i cerkwi. Było to dzieło źródłowe, umożliwiające Polakom uczestniczenia we mszy świętej nie tylko  obrządku łacińskiego, ale również i obrządku greckokatolickiego ( unickiego);  nie było jeszcze wtedy mszałów rzymskich wydanych przez benedyktynów, a znajomość liturgii, zarówno łacińskiej, jak i greckokatolickiej, była wśród inteligencji znikoma. Książkę tę, na prośbę mej Matki , skonsultował biskup Bocian i o. Reszetyło ( redemptorysta). Podpisała ją skromnie-inicjałami J.S.

Zdolności muzyczne przydały się Jadwidze w późniejszym życiu. Prócz melodii skomponowanych do ułożonych przez siebie pieśni, umiała zapisać ze słuchu nuty pieśni ludowych, zbieranych i spisywanych przez siebie i swą siostrę Zofię do materiałów folklorystycznych.

Matka grała na fortepianie i uczyła nas, jako dzieci. Uczyła nas też pieśni  patriotycznych, zwłaszcza pieśni z czasów zaborów. Często je śpiewaliśmy 0 wieczorami, albo jadąc na wycieczkę do lasu; prócz pieśni polskich, także francuskie i angielskie, których nauczyły nas nauczycielki. W czasie nabożeństw majowych i czerwcowych, odprawianych przez Mamę w naszej domowej kaplicy, śpiewaliśmy pieśni pobożne, a  w czasie Świąt Bożego Narodzenia kolędy. Mama zawsze intonowała.

Zdolności malarskie, które niewątpliwie posiadała, rozwijała pod kierunkiem pana Tomasza Lisiewicza, ucznia Jana Matejki. Pamiętam go z czasów dzieciństwa gdy, na zaproszenie mojej Matki, przyjeżdżał na lato z rodzinnego Krakowa do Przyłbic. Skromny, cichy, z siwą przystrzyżoną brodą i średnio długimi włosami, przystrzyżonymi z grzywką, jak u Piasta. Mówił do Paniuńciu i Pani Dobrodziejko.

Obrazy jego pędzla znajdują się w kościele parafialnym w Siemianicach. To Serce Jezusowe umieszczone w nawie i święci: Wojciech, Kazimierz, Kinga i błogosławiona Jolanta, znajdujący się w prezbiterium. Twarzy św. Kingi nadał artysta rysy mojej Matki, a bł. Jolanty –jej siostry Zofii.

Jadwiga malowała bardzo delikatne widoki akwarelą, ale brała się też do większych prac. Ze starszymi córkami wymalowała ściany w kaplicy domowej w kwiaty: ostróżki, margerytki i liście akacji. Ołtarz był rzeźbiony przez moje rodzeństwo, według narysowanego przez Nią wzoru. Namalowała też, z moimi siostrami, Grób Pański do kościoła a Bruchnalu, olejną farbą na płótnie. Przetrwał on do II wojny. Namalowała stacje Drogi Krzyżowej do tegoż kościoła i dwa obrazy świętych do cerkwi.

Według własnego wzoru haftowała jedwabiem ornat do naszej kaplicy: postacie dwóch aniołów, z rysami twarzy mojej zmarłej siostry Marii i mej zmarłej kuzynki Zofii ozdobione pięknymi kwiatami i wzorami. Ornat uratowany, lecz niedokończony, otrzymały siostry Franciszkanki i używany jest w ich kaplicy.

Bardzo drobiazgowo odrysowała moja Matka wzory haftów, strojów, pisanek oraz malowanych skrzyń do swojej pracy z zakresu etnografii.

Tą dziedziną zainteresowała się w wieku lat kilkunastu. Zauważyła na obrazie namalowanym przez swojego stryja Stanisława, ukazującym dawny drewniany kościółek w sąsiednim Opatowie, stojących, przy nim chłopów z Wielkopolski w dawnych, nienoszonych już strojach. Zaczęła dociekać, szukać, wraz ze swoją siostrą Zofią zaczęły rysować, malować, spisywać melodie i wyrazy gwarowe. Powstały w ten sposób Przyczynki do etnografii Wielkopolski, wydane w Krakowie w Materiałach antropologiczno-archeologicznych i etnograficznych, t. VIII, rok 1906. Ukończyła tę pracę, mając 18 lat. Materiały… zawierały między innymi 70 pieśni z melodiami, 33rysunki strojów. Te zainteresowania etnografią przetrwały u Jadwigi, i już po ślubie kontynuowała prace etnograficzne w Przyłbicach i całym powiecie jaworowskim, na zachód od Lwowa. A był to teren jeszcze słabo przebadany, raj dla etnografa.

Jej żmudna, wieloletnia praca nie została opublikowana. W Akademii Umiejętności odkładano jej wydanie, żądano poprawek. Wydanie miało nastąpić w 1939 roku. Praca leży w Krakowie, w Muzeum im. Seweryna Udzieli ( etnograficznym). Nie ma żadnych planów co do jej wydania, przypuszczalnie dla tego, że dotyczy terenu leżącego obecnie poza granicami Polski.

Inną pasją mojej Matki w latach młodzieńczych były przedsięwzięte wraz z siostrą Zofią wykopaliska archeologiczne. Miała wówczas 14 lat. Orząc pole w pobliżu Siemianic, jeden z rolników znalazł ozdobne skorupki i małe przedmioty z brązu. Dowiedziawszy się o tym, panienki podeszły do sprawy poważnie. Nawiązały kontakt z dr Erzepskim, kustoszem Muzeum Towarzystwa Przyjaciół Nauk w Poznaniu. Odkopały z pomocą robotników zatrudnionych w majątku Szembeków kilka grobów z epoki rzymskiej, a wykopaliska, po odrysowaniu i opisaniu, przekazały do tegoż Muzeum. Wyniki prac zostały opublikowane w 1902 roku w rocznikach Towarzystwa Przyjaciół Nauk w Poznaniu. Moja Matka kontynuowała podobną pracę w Tarnowicy w okolicy Przyłbic, współpracując z prof. Kozłowskim.  Spotkawszy mnie po II wojnie w Poznaniu profesor Józef Kostrzewski, kiedy mu się przedstawiłam, wyraził gorące słowa uznania dla pionierskiej działalności naukowej mojej Matki.

 Przed ślubem Jadwiga uczestniczyła w kursach pielęgniarskich w Krakowie. Stąd Jej umiejętności zajmowania się chorymi i pielęgnacji, o czym mieliśmy okazję się przekonać zarówno my jak i mieszkańcy naszej wsi.

Ślub moich rodziców odbył się w Siemianicach 15.10.1902 roku, w dzień św. Jadwigi. Udzielił go metropolita Andrzej Szeptycki, brat pana młodego, za dyspensą Ojca Świętego ( z racji pokrewieństwa młodych; mój ojciec, Leon Szeptycki, był najmłodszym synem Jana i Zofii z Fredrów Szeptyckich).

Metropolita w przemowie podczas ślubu zalecił młodym małżonkom, aby dążyli do Boga królewską drogą miłości.

Na ślubie, prócz najbliższej rodziny, byli obecni: rodzice pana młodego, jego trzej bracia – metropolita Andrzej, Aleksander z żoną i córkami, Kazimierz ( później w zakonie ojciec Klemens, męczennik, beatyfikowany przez Ojca Świętego Jana Pawła II), ciotki – Michalina i Maria Badeniowa, Aleksander Szembek ( stryj panny młodej) z córkami, Stanisława Szembekowa z synem i córką, cztery córki Józefa Szembeka z Parczewa, Włodzimierz Szembek ( późniejszy salezjanin, zmarł w niemieckim więzieniu), Wacław Niemojowski oraz licznie reprezentowane rodziny Starowiejskich, Skrzyńskich i znajomi. Biskup  Jerzy Szembek w ostatniej chwili odwołał swój przyjazd.

Mężczyźni wystąpili przeważnie w tradycyjnych polskich strojach.

Ze względu na zamiłowania etnograficzne mojej Matki, orszak poprzedzało dwóch konnych drużbów w dawnych siemienickich strojach: Jan Nawrot z Rakowa ( dziadek Mariana Nawrota) i Franciszek Trzęsicki z Siemianic ( ojciec Weroniki Borzyckiej). Wieczorem panna młoda z wszystkimi pannami odtańczyła siemienicki taniec ze świecami, a następnie urządzono tradycyjne oczepiny. Pogoda była śliczna. Bawiono się doskonale.

Przed ślubem, a po śmierci Ojca, bywała moja Matka często wraz z babką i rodzeństwem w Przyłbicach koło Jaworowa, u swoich wujostwa Janów Szeptyckich. Jeździli tam szczególnie chętnie na święta Bożego Narodzenia.- stąd bliski kontakt i serdeczne uczucia, jakie nawiązały się między moją Matką a jej ciotką i późniejszą teściową Zofią z Fredrów Szeptycką. Po ślubie przyjęła od niej moja Matka całą tradycję domu przyłbic kiego – jej sposób prowadzenia gospodarstwa, urządzania świąt, upiększania ogrodu oraz głęboką religijność, w której nas wszystkich wychowała. Mówiło się jeszcze za moich czasów ( a byłam najmłodsza, urodzona 20 lat po śmierci babki) w pokoju Babci Zosi, modlitwa Babci Zosi, a na ścianie wisiał kalendarz z nieprzesuniętą datą jej śmierci.

Moja Matka zachowała rodzinną tradycje w najdrobniejszych szczegółach. Dlatego też do Przyłbic przyjeżdżali chętnie tak moja babka, Maria Szembekowa, jak i stryjowie, zarówno stryj Andrzej, jak i Kazimierz, czyli o. Klemens oraz generał Stanisław Szeptycki i Aleksander z Łabuń z rodziną. Jadwiga, mimo że była związana z domem przyłbic kim i rodziną, przeniosła się jednak z Siemianic w całkiem inne warunki, w inną część Polski, zamieszkałą przeważnie przez Rusinów ( jak wtedy mówiono) wyznania greckokatolickiego. Ludność była biedna, warunki na wsi prymitywne.

Dwa kilometry od Przyłbic był Bruchnal, osada polska ( mazurska) z XVII wieku. Tam stał stary murowany kościół parafialny, rzymskokatolicki. Co niedzielę jeździliśmy do kościoła na sumę. Zarówno w Przyłbicach, jak i w Bruchnalu mój dziadek, Jan Szeptycki, założył szkoły oraz ochronki dla dzieci, prowadzone przez Siostry Służebniczki Najświętszej Maryi Panny obydwu obrządków. Siostry pielęgnowały też chorych, zajmowały się ubogimi i porządkiem w kościele i w cerkwi. Na to wszystko łożył mój dziadek, a potem mój ojciec, ale działała, organizowała i czuwała nad wszystkim moja Matka. Założyła ona dwa lata przed wojną w Bruchnalu Katolickie Stowarzyszenie Kobiet, a w Przyłbicach – Towarzystwo św. Wincentego a’ Paulo.

Rodzice starali  się, jak tylko mogli, wpływać na spokojne współżycie sąsiadujących ze sobą ludzi z obu wsi.

Majowe   i czerwcowe nabożeństwa, odprawiane w naszej kaplicy domowej przez Jadwigę dla domowników i okolicznych ludzi, zaczynały się modlitwą: Módlmy się o pokój w kraju naszym, o miłość chrześcijańską między ludźmi, o zgodę obydwu obrządków i obydwu narodowości. Stosunki panujące u nas aż do II wojny były tak dobre, że w święto  Boże Ciało do procesji wychodzącej z kościoła rzymskokatolickiego dołączała procesja z cerkwi i księża śpiewali na przemian Ewangelie przy czterech ołtarzach.

Dla moich rodziców były to mimo wszystko trudne lata. W czasie  I wojny Moskale spalili stary dworek moich dziadków, zrujnowali doszczętnie tzw. nowy dom, spalili książki, archiwum, meble i zabudowania gospodarcze, zabrali inwentarz. Rodzice odbudowywali, urządzali, wychowywali nas. Kupili też dom we Lwowie, by umożliwić nam chodzenie do szkoły, a później tzw. bywanie w świecie moich starszych sióstr.

Było nas ośmioro, z tego troje poszło za powołaniem do zakonu i stanu kapłańskiego. Było niewątpliwą zasługą mojej Matki, że oprócz dwóch sióstr, z których jedna zmarła w wieku lat 15, a druga, Krystyna, przerwała studia dla zamążpójścia, pozostali, tzn. sześcioro z nas, ukończyli studia wyższe. Władaliśmy wszyscy dwoma lub trzema językami zachodnimi, prócz łaciny. Ja studiowałam wprawdzie po wojnie, ale od dziecka wiedziałam, że będę studiować medycynę, że nie poprzestanę na maturze. Mimo, że przed wojną kobiety rzadko studiowały.

Byliśmy chowani trochę po spartańsku: bez rozpieszczania. Rano szorowanie zimną wodą, spanie na sienniku i twardym jaśku, pod kocykiem. W pokoju do nauki twarde ławki. Wstyd było płakać, wstyd przyznać się, że coś boli. Ubranie przerabiane ze starszego rodzeństwa. Jeść trzeba było co podano do stołu, bez grymasów. Cukierki dostawało się czasem od babki lub ciotek, nigdy od Mamy. Pieniądze trzeba było zarobić – przy lekkich pracach w ogrodzie lub w domu. Podróżowaliśmy trzecią klasą – było nas tak dużo! Za to konno jeździliśmy sami po całej okolicy w promieniu 10, 15 kilometrów. W czasie okupacji i później błogosławiłam to wychowanie; było ono świetnym przygotowaniem do ciężkich czasów wojny.

Matka moja, jako właścicielka Siemianic, otrzymała z Ministerstwa wiosną 1939 roku polecenie spakowania i wysłania do Muzeum Narodowego w Warszawie cennych zbiorów Szembeków i Fredrów ( archiwów, portretów i zbrojowni).

Ostatnim radosnym zdarzeniem w życiu mojej Matki był ślub mojej siostry Krystyny z Franciszkiem Potworowskim z Goli pod Gostyniem, synem przyjaciółki Mamy z lat panieńskich. Ślub odbył  się w Przyłbicach 11 lipca 1939 roku. Zjechała się rodzina i przyjaciele. Pan młody i większość mężczyzn – w mundurach oficerów rezerwy.

Państwo młodzi wyjechali, nadeszła wojna. Moja siostra Anna wyjechała zmobilizowana jako pielęgniarka. Mój brat Andrzej, niezmobilizowany, jako kleryk, dołączył do cofających się wojsk polskich; zginął w Katyniu. Mnie rodzice wysłali z domu, wraz z odjeżdżającym z Przyłbic do Korczyny generałem Stanisławem Szeptyckim i jego żoną, gdyż nadeszły wiadomości o zbliżającej się armii sowieckiej.

Rodzice zostali sami. Zwlekali z wyjazdem. Niepokoili się o losy synowej, żony Jana, która z trójką dzieci została w Dziesiętnikach, na wschód od Lwowa ( a słusznie przypuszczali, że mego brata aresztują). Przypominali sobie też zniszczenia domu i gospodarstwa po  I wojnie.

Zostali rozstrzelani przez żołnierzy armii sowieckiej 27 września 1939 roku wraz z uciekinierem  jezuitą o. Skibniewskim.

Jak opowiadają świadkowie, moja Matka poszła dobrowolnie za prowadzonym na śmierć mężem.

Elżbieta z Szeptyckich Weymanowa

 

  • Oceń ten artykuł
    (0 głosów)
  • Czytany 213750 razy
Więcej w tej kategorii: « Józef Kopydłowski
Powrót na górę

Najnowsze artykuły